poniedziałek, 8 października 2018

Festiwal wina Sibiu 2018

Poza wspominanymi w poprzednim poście obchodami narodowymi w weekend, odbywał się w Sibiu także festiwal wina.
Jedna z ulic przy murze dookoła starego miasta zagospodarowana została budkami drewnianymi, w której stacjonowali różni krajowi producenci wina. Można było kupić wino z całego kraju, z każdego regionu. Na wstępie można było kupić w osobnej budce kieliszek do wina, a potem chodziło się z nim od straganu do straganu i kupowało kolejne kieliszki do degustacji. W sobotę wypiliśmy wspólnie 4 kieliszki, w niedzielę już nie liczyliśmy, ale również na pół, to nie wpłynęło to na nas tak mocno. Drugiego dnia pozwoliliśmy sobie na obiad na terenie festiwalu wina. Oferowano wołowinę z grilla, pieczone warzywa, łososia, małże w sosie czosnkowym. Ja wybrałam mule, Konrad mięso. Do wina było idealne. Ponadto, przy jednym stoisku można było napić się świeżo wyciskanego soku z winogron. Nie sądziłam, że będzie taki słodki! Takiego smaku nie da się zapomnieć ;)

Jem mule, jak widać bardzo zadowolona











niedziela, 7 października 2018

Parada militarna

Tydzień temu dopiero kładliśmy się do łóżka, pierwszy raz na obcej ziemi, kiedy zaczynała się nasza erasmusowa przygoda. Tydzień minął szybko. W poniedziałek była inauguracja roku, potem codziennie jakieś 1-2 zajęcia na uczelni, codziennie z innym plutonem.
Wszyscy są bardzo mili. Kadeci tłumaczą nam zajęcia, pokazują sale, oprowadzają po mieście, udzielają wskazówek. Wszyscy przyjmują nas bardzo życzliwie.
W weekend obchodzono państwowe święto 100-lecia zjednoczenia Rumunii, z tej okazji na rynku głównym miasta odbyła się parada wojskowa z udziałem naszych kadetów w mundurach z tamtej epoki. Ponadto, w dalszych przemarszach uczestniczyli reprezentanci regionów Rumunii (przynajmniej tak mi się wydaje) w strojach ludowych. Piękny pokaz, kolorowo, barwnie muzycznie. Ciekawe doświadczenie. Mieliśmy niezwykłe szczęście, bo nie dość, że to nasz pierwszy tydzień w Rumunii i od razu takie uroczystości, to jeszcze przyszliśmy wcześniej i mieliśmy miejsce w pierwszym rzędzie z najlepszym widokiem.
Jak widać po zdjęciach, parada trochę trwała - zmieniające się światło. Po zmroku zdjęcia się trochę rozmazywały, ale i tak coś widać ;)





poniedziałek, 1 października 2018

Zaczynamy przygodę w Rumunii

Dotarliśmy do Rumunii i przetrwaliśmy już 2 dni w obcym kraju. Jakoś nadal nie dociera do mnie, że będę tak długo i tak daleko od domu.
Podróż była długa i męcząca, bo trwała 20 godzin. Nadal zastanawiamy się czy lecieć samolotem do Polski na święta, żeby chociaż trochę skrócić podróż, ale także bardzo uszczuplić portfel. Z Ostrawy do Wiednia, tam 3 godziny czekania na dworcu i z Wiednia do Sibiu następne 12 godzin. Nogi miałam napuchnięte niemiłosiernie, plecy bolały i byłam w ogóle zmięta. Na szczęście w miarę dostaliśmy się do akademii, przyjęli nas i zaprowadzili po pokoju. Szybkie rozpakowanie, prysznic i poszliśmy spać od razu na 3 godziny. Jakie to było cudowne, nic tak nie cieszy jak płaska powierzchnia do spania!
Pozytywnie zaskoczył nas standard pokoi, ponieważ mają dużą powierzchnię, prywatną łazienkę i lodówkę. To naprawdę luksus jak na akademiki dla wojskowych, w których spodziewałam się ciemnych klitek i wspólnych pryszniców z kurtynami.
Powoli poznajemy okolicę, wojskowi oprowadzili nas dzisiaj po kompleksie, pokazali najlepsze knajpy w mieście, gdzie można zjeść dobrze i za rozsądną cenę. Okazuje się, że mimo studiów cywilnych, musimy przestrzegać wielu zasad, jakie obowiązują wojskowych, pomimo tego, iż jesteśmy JEDYNYMI cywilnymi studentami w całej akademii. Przerażające, prawda? Z jednej strony szkoda, że nie poznamy innych, jedynie wojskowych, jeśli będą w ogóle chętni do nawiązania kontaktów z nami. Ale z drugiej strony, nasi opiekunowie/koordynatorzy będą się nami opiekować i będziemy mieć najpewniej sporo programów indywidualnych.
Na razie się oswajamy, zobaczymy jak przeżyjemy nadchodzący tydzień. Chcemy trochę pozwiedzać, uzyskać przepustki na weekendy poza akademią i poznawać rumuńską kulturę. Wiadomo, język przeraża, bo pochodzi z grupy romańskich, które zawsze były dla mnie zagadką. Rumuński brzmi jak biedny francuski, mniej melodyjny, trochę wschodni. To chyba dla mnie największy problem i dyskomfort, ponieważ czuję się nieswojo i obco nie rozumiejąc ludzi dookoła. Uczymy się podstaw, ponieważ są sytuacje, kiedy nie ma szans na dogadanie się z lokalną ludnością po angielsku. No cóż...
Na zdjęciu mała i skromna panorama Sibiu. na początku pogoda nie dopisywała, więc nie robiliśmy zdjęć Rynku i okolic. Poniżej studenci z naszej akademii marszem na uroczystą inaugurację roku akademickiego w centrum miasta.




piątek, 28 września 2018

Wrześniowe unikaty

Książka


Narodziny Hordy, Christie Golden

Jedną z książek z serii World of Warcraft zaczęłam już czytać w wakacje w formie elektronicznej na laptopie. Nie miałam Internetu przez dwa miesiące, jedyne co to jakieś kilka książek w wersji pdf.
Jeśli ktokolwiek jest wtajemniczony, albo chociaż oglądał film Warcraft, to będzie wiedział, że akcja książki dzieje się przed wydarzeniami z adaptacji filmowej. Zaczyna się wszystko od Podziału między Draenei, czyli Velenem, Kill'Jeadenem i Archimondem. Tytuł wziął się stąd, że historia dotyczy przyjaźni między Orgrimmem a Durotanem z dwóch różnych klanów, co u rasy orków nie było powszechnie przyjęte. Młodzieńcy dokonali czegoś, w co większość nigdy nie wierzyła, że się uda - w końcu dwa różne klany, różne zwyczaje, tradycje.
Pani Golden pisze bardzo przyjemnie, historia wciąga, zwłaszcza dla gracza WoWa. Interesująca fantastyka, nie tylko dla miłośników gry, ale również ciekawych nowego świata czytelników.






"Szeptucha", Katarzyna Berenika Miszczuk

Szeptucha to tom 1 serii Kwiat Paproci. Jestem w miarę świeżo po lekturze Mitologii Słowiańskiej, więc dosyć sprawnie orientowałam się w tym, co dzieje się w książce.
Ale do rzeczy. Historia opowiada o młodej dziewczynie, która skończyła studia medyczne w Warszawie i na obowiązkowy roczny staż musi udać się do szeptuchy na wieś. Zaraz, zaraz, Szeptucha? Tak, bo Mieszko nie przyjął chrztu Polski i wszyscy wierzą w gusła oraz wszelkie wiejskie obrządki. A szeptucha to taki lekarz, do którego się udaje przed wizytą u specjalisty.
Młoda Gosia wcale nie chce leczyć ludzi ziołami i magicznymi kamieniami, plus sama nieszczególnie wierzy w tych słowiańskich bogów. No i tak zaczyna się jej przygoda...
Książkę podpatrzyłam na vlogu u Szusz, która słuchała audiobooków Katarzyny Bereniki Miszczuk i bardzo sobie chwaliła. Ja sama czytałam trylogię autorki - Ja diablica, anielica, potępiona. Dobrze ją wspominam, autorka ma świetne poczucie humoru i pisze w bardzo wciągający sposób. Polecam z całego serca. Czasami warto sięgnąć po takie książki i dowiedzieć się o co naprawdę chodziło w tych świętach i rytuałach, a po lesie jakie straszydła się szwendały :)


Film

W tym miesiącu trochę się naoglądałam filmów i seriali, bo przez tydzień byłam sama wieczorami. Szczególnie dwa utkwiły mi w pamięci i oba to Kamerdyner - jeden amerykańskiej produkcji z 2013 roku, a drugi polskiej z 2018 roku - świeżo po premierze.
Zacznijmy od tego, co cieszy, czyli wytworu zza oceanu. Akcja filmu dzieje się na przełomie lat, kiedy prawa czarnoskórych, ogólnie osób "niebiałych" zaczynały przechodzić swoistą rewolucję, bardzo stopniowo i wolno. Historia opowiedziana w filmie oparta jest na faktach i opowiada o losach mężczyzny, który z plantacji bawełny trafił do Białego Domu i pracował jako kamerdyner prezydenta. W ciągu swojej długoletniej służby usługiwał wielu prezydentom. Film skupia się na losach za kulisami, za czerwoną kurtyną polityki w USA. Ciekawe spojrzenie, wiadomo - bardzo amerykański klimat.




Drugi "Kamerdyner" to polska produkcja Filipa Bajona. Powstawała 3 latam, a w obsadzie jest cały wianuszek polskiej śmietanki kinowej. Wystarczy spojrzeć na początek listy obsady na filmwebie i już wiadomo o co chodzi. Jednak kiepska ze mnie patriotka i niespecjalnie przepadam za polskimi dziełami. Zawsze to jakieś takie przygnębiające historycznie albo skrajnie idiotyczne komediowo.
Nie będę wydawać swojej opinii, żeby nikogo nie zrazić, warto przekonać się samemu. Może po prostu za dużo historii źle na mnie działa? Na studiach podobnie reagowałam na przedmioty historyczne z niechęcią.
W każdym razie historia ma miejsce na Kaszubach. Wszystko zaczyna się w 1900 roku, kiedy na świat przychodzi  Mateusz. Chłopak trafia pod skrzydła opiekunów, dorasta i zakochuje się w dziewczynie, która nie jest mu pisana, ponieważ pochodzi z innej klasy społecznej. I tak oto toczy się nieszczęśliwa historia miłosna przeplatana tragediami I Wojny Światowej i okresem dwudziestolecia międzywojennego. Dużo napisów, mimo, że polski film, ponieważ połowa dialogów odbywa się w języku kaszubskim. Gratulacje dla Gajosa za piękny kaszubski akcent :)





Piosenka


Zdjęcie

To chyba najpiękniejsze zdjęcie, jakie zrobiłam nowym  telefonem. Rzeczywiście ma super aparat.



Biżuteria

Rodzice tydzień spędzili nad morzem, a ja wtedy pilnowałam domu i opiekowałam się zwierzyńcem. Kiedyś dostałam od nich bursztynową zawieszkę do łańcuszka znad morza, tym razem przywieźli mi do kompletu piękne srebrne kolczyki z bursztynem w środku. Pasują idealnie ;)



Jedzenie

Kiedy byłam w Krakowie na dwa dni i zatrzymałam się u Eli, zjadłyśmy iście studencki obiad - wszystko odgrzane w piekarniku, ale jakie dobre! Normalne frytki, tłuste skrzydełka z kurczaka, a do tego wszystkiego piwo, którego nie widać na zdjęciu. Ale dla równowagi dodaję zdjęcie mojego instafriendly jogurtu z malinami, otrębami, polanego złotym syropem cukrowym. Zdrowe vs niezdrowe.




Sytuacja

No cóż, Radek się ożenił i mamy pierwszego w naszej paczce ze studiów zaobrączkowanego.
Dwa dni spędziłam w Krakowie, zostałam sama na tydzień, ale to już opisywałam.
Moi rodzice obchodzili w tym miesiącu 25 lat po ślubie, więc z tej okazji zamówiliśmy z bratem dla nich ręcznie malowane filiżanki z datą rocznicy na spodku. Przepiękne, polecam Ciepliki na Facebooku.
Ja zmieniłam fryzurę, żeby mi było latwiej, lżej i wygodniej na wyjazd. No i oczywiście ostatni tydzień września przebiegł pod znakiem pakowania do Rumunii, dokupywania ostatnich rzeczy.





Pakowanie, pakowanie.

Technologia

Powrót do ebooków, tak czytałam Szeptuchę. Ale nie zdradziłam papierowych klasyków i czytałam Hordę w papierze ;)



czwartek, 27 września 2018

Wrzesień w domu

Tak bardzo zaczęłam doceniać wieś przez ten miniony miesiąc. Wchodząc na poddasze czuć zapach suszonych grzybów, suszących się orzechów laskowych, świeżo zawekowanych słoików z przetworami. Co prawda wieczorami do nosa wdziera się "zapach"' zimy - spalane dziadostwo w piecach, ale nadal pachnie wsią. Najbardziej dającą się we znaki cechą wsi jest nieustanne muczenie krów sąsiada, ale na szczęście są tylko 3.
W ogóle kilka wypadów z rodziną na grzyby tak bardzo mnie zrelaksowało. Nie ma nic lepszego niż łażenie po lesie i wypatrywanie grzybów. I cały czas dokłada się do koszyka, a koszyk pęka w szwach! 
We wrześniu nachodziłam się też na poranne spacery z Charonem, więc byłam świadkiem, jak codziennie natura i okoliczny las budziły się do życia. Ta mgła, rosa, zimny jeszcze powiew wiatru, ostre wschodzące słońce. A wieczorami - film, książka i kot na kolanach, kiedy siedzę już umyta w szlafroku.
Czuję, że poza rodziną oczywiście, za którą już tęsknię na samą myśl o Erasmusie, będę też tęsknić za tym spokojem, sielanką, beztroską wsi, którą teraz się napawałam przez ponad miesiąc. Wszystko było błogie, nie musiałam myśleć o studiach, pracy w przyszłości, pieniądzach na życie, dojazdach na uczelnię codziennie i wstawaniu na poranne wykłady. Wiem, że był to ostatni taki miesiąc w moim życiu i bardzo mi z tego powodu ciężko, bo te dni już nie wrócą. To był ostatni raz tak długiego pobytu u rodziców, ostatni raz tak długo w swoim łóżku, w swoim pokoju obitym plakatami. I ostatni raz tak blisko natury, kiedy wieczorami jest kompletna cisza i nie słychać szumu miasta.

Jutro unikaty, pojutrze już bus do Rumunii. A dzisiaj ten post i zdjęcia z mojej okolicy.














Żeby nie było za dużo grzybów - na końcu zdjęcie orzechów, a to tylko mała część tego, co mamy w ogrodzie w tym roku. Kto schylał się pod drzewem po nie 2h i pobrudził ręce przez rękawiczki? Ja.