Każdy normalny człowiek w wolny dzień śpi chociaż trochę dłużej i odpoczywa. My wstaliśmy o 3:30, o 4:00 wyruszyliśmy ze znajomymi w stronę Tatr i o 6:00 już wsiadaliśmy na wypożyczone rowery. Rowerami dojechaliśmy 7 kilometrów do Doliny Chochołowskiej, a następnie po kolei zdobywaliśmy szczyty Tatrzańskie: Grześ (1653m n.p.m.) -> Rakoń (1879m n.p.m.) -> Wołowiec (2063m n.p.m.) -> Jarząbczy Wierch (2137 m n.p.m.) -> Kończysty Wierch (2002 m n.p.m.) -> Trzydniowiański Wierch (1758 m n.p.m.) i zejście do Doliny Chochołowskiej. Po drodze złapał nas deszcz, a w oddali widzieliśmy zbliżającą się burzę. W sumie na rowerze przejechaliśmy 14 kilometrów, a na nogach zrobiliśmy 26 kilometrów. Nie powiem, po Wołowcu chciałyśmy już z koleżanką schodzić do Doliny, ale ciężko było przekonać do tego mojego J. i jej męża. Na Jarząbczy Wierch już myślałam, że nie wyjdę, wykończyło mnie to podejście, ale jak na szczycie usłyszałyśmy grzmot z oddali, to od razu dostałyśmy energii.
Tatry jak zwykle są piękne, mimo tego, że nam dopadało na koniec. Wymęczyliśmy się niesamowicie, chłopaki musieli nam wiele obiecywać, żebyśmy jakoś się wdrapały na ostatnie szczyty. Poza tym, cudownie mieć znajomych, którzy podzielają Twoje plany spędzania wolnego czasu!
 |
Chochołów o 6:00 |
 |
Przystanek na śniadanie |
 |
Między Wołowcem a Jarząbczym Wierchem |
 |
Z Wołowca |
 |
Widok z Wołowca |
 |
Wołowiec |
 |
Widok z Grzesia na nasz najwyższy cel wycieczki - Jarząbczy Wierch |
 |
I na koniec mój piękny przyszły mąż |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za wszystkie komentarze! To naprawdę miłe z Waszej strony. Odwdzięczę się za każdy.
Bardzo proszę nie ogłaszać się w komentarzach.
Pozdrawiam.
Dagna